Gazeta Wyborcza, Poland, 07.03.2002
Magdalena Grzebałkowska (m.grzebalkowska@wp.pl)
Dostaliśmy list: "Organizacja TVIND pod pozorem pomocy Afryce zarabia na wolontariuszach ogromne pieniądze. Zmusza ich do żebrania na ulicach. Robi pranie mózgów". Zgłosiłam się jako wolontariuszka. Pojechałam do Danii. Reportaż Magdaleny Grzebałkowskiej
Czuję się jak idiotka. Pięćdziesiąt par oczu wpatruje się we mnie, ja patrzę na kartkę z tekstem. Rene, wysoki chudzielec z gitarą, daje znak mojej trzyosobowej grupie. Zaczyna grać melodię "Yellow submarine" Beatlesów. Śpiewamy piosenkę, którą pięć minut temu sami ułożyliśmy. Jest w niej o afrykańskiej pladze AIDS i o tym, że my, dzielni wolontariusze organizacji Humana People to People, będziemy ją zwalczać.
- We will go and knock on the door! - fałszuję wspólnie z Brytyjką Carrie i Brazylijczykiem Rodrigo.
Sala nas oklaskuje. Kolejna grupa wychodzi na środek sali. Araya z Austrii siada na krześle i udaje latrynę. Żeby nie było wątpliwości, trzyma nad głową kartkę z napisem "latrine". Paul ze Szkocji tłumaczy nam, że w Afryce będziemy budować latryny, bo to zapobiega rozprzestrzenianiu się malarii.
Nastrój jest podniosły, taki harcersko-humanitarny. W końcu przyjechaliśmy tu z całego świata do małej wsi w głębi Danii, żeby zostać wolontariuszami.
I tylko ja rozglądam się podejrzliwie. Podobno przez najbliższe dwa dni będziemy werbowani do sekty zwanej TVIND.
Namawiają nawet Adam i Ewa
List do redakcji był krótki: "Organizacja TVIND pod pozorem pomocy Afryce zarabia na wolontariuszach ogromne pieniądze. Zmusza ich do żebrania na ulicach. Robi pranie mózgów. Przez rządy Francji i Belgii jest uznana oficjalnie za sektę. W waszej gazecie co tydzień ogłasza nabór, w serialu >Adam i Ewa< zachęca młodzież do wyjazdu".
Spotkałam się z autorem listu. Tomek spędził w Danii pięć miesięcy, zanim się zorientował, gdzie trafił. Wyjechał stamtąd w grudniu ubiegłego roku. Wręcza mi dyskietkę z dziennikiem, który prowadził, przekazuje dokumenty, które udało mu się zabrać, podaje internetowy adres organizacji Tvindalert, która walczy z TVIND (www.tvindalert.org.uk).
TVIND używa wielu nazw. Dwie najpopularniejsze to Humana People to People i UFF.
Sposób działania organizacji jest pozornie prosty i na początku nie budzi niczyich podejrzeń. Podczas tzw. infoweekendów werbuje się wolontariuszy z całego świata. Ci, którzy się zdecydują podpisać umowę z TVIND, przyjeżdżają na pół roku do Danii, Norwegii, Anglii, Republiki Południowej Afryki lub USA, gdzie są szkoły organizacji. Kandydatom mówi się, że w ciągu sześciu miesięcy nauczą się, jak być wolontariuszami. W trakcie nauki, przez dwa tygodnie w każdym miesiącu, uczniowie muszą zarabiać pieniądze (nazywa się to fundraising). Po pół roku wyjeżdżają na własny koszt do Afryki, Azji lub Ameryki Południowej.
- Nauka w tych szkołach to fikcja - mówi Tomek, którego wiedza pochodzi z własnego doświadczenia i ze stron internetowych Tvindalert. - Liczy się tylko zarabianie pieniędzy. Zresztą dla TVIND pieniądze z wolontariuszy to tylko ułamek dochodów obliczanych na miliony dolarów. Zarabiają na sprzedaży używanej odzieży, dostają dotacje od rządów różnych państw.
Po dwóch godzinach rozmowy decyduję się, że sama pojadę do Danii na infoweekend. Wysyłam maila pod adres podany w ogłoszeniu i sprawdzam, czy w Polsce ktoś może potwierdzić rewelacje Tomka.
Dominikanie coś słyszeli, ministerstwo więcej
Warszawskie Centrum Wolontariatu dysponuje bazą danych na temat organizacji humanitarnych z całego świata.
- Humana People to People? Mamy taką na liście - słyszę przez telefon. - Pomagają Afryce w walce z AIDS i głodem.
- A czy wiecie coś o tym, że to sekta?
- Pierwsze słyszę! Chcę zastrzec, że my jedynie mamy adresy organizacji, nie sprawdzamy, czy i jak działają.
W dominikańskim Centrum Informacji o Sektach w Krakowie też nie znają TVIND i Humana People to People. Do dominikanów w Warszawie zgłosił się kiedyś człowiek z informacją o nich.
- Rozmawiałem z nim przez telefon - mówi pracownik Centrum Krzysztof Jarecki. - Opowiadał, że był w Afryce, tam głodował, ciężko pracował i był poddawany psychomanipulacjom. Ale więcej nie zadzwonił.
Zwracam się do departamentu porządku publicznego MSWiA z pytaniem, czy rząd wie coś na temat Humana People to People.
Dostaję odpowiedź: "W raporcie Zgromadzenia Narodowego Republiki Francuskiej z 1995 roku poświęconym sektom (raport Guyarda) organizacja ta została zaliczona do ruchów o charakterze sektowym (Humana France TVIND). Również w belgijskim raporcie Izby Reprezentantów z 1997 roku pojawiła się informacja, iż jest to sekta o charakterze międzynarodowym wywodząca się z Danii, posiadająca swoją filię także w Belgii (Humana)".
A jednak! Siadam jeszcze przed telewizorem i oglądam w Polsacie odcinek serialu "Adam i Ewa". Dwoje młodych ludzi tłumaczy właśnie komuś, że wyjeżdżają do Afryki pomagać ludziom. Tylko wcześniej odbędą półroczny kurs w Danii. Nazwa Humana ani TVIND nie pada. Jednak żadna inna organizacja humanitarna na świecie nie kształci wolontariuszy w szkołach w Danii.
Dzwonię do Marka Krajca, scenarzysty serialu, i pytam, dlaczego postanowił wysłać bohaterów do Afryki z Humaną.
- To był przypadek - tłumaczy. - Moja córka trafiła w internecie na stronę Humany, chciała nawet tam jechać, ale okazało się, że trzeba spędzić pół roku w Danii, i zrezygnowała. A ja wykorzystałem to w scenariuszu. To wszystko.
Stań na głowie i zdobądź tę kasę
Przychodzi do mnie pierwszy mail z TVIND. Mam się zapoznać ze stroną internetową Humana People to People (www.humana.org) i wypełnić formularz. Piszę w nim, że jestem bezrobotną absolwentką Uniwersytetu Gdańskiego, która lubi pracę z dziećmi i marzy o wyjeździe do Afryki. Ogłoszenie w gazecie mówiło o wolontariacie w Chinach. Dopisuję, że Daleki Wschód wydaje mi się pociągający.
Kolejny list przychodzi następnego dnia. Napisany po polsku.
"(...) proszę, napisz mi, jak wygląda twoja sytuacja finansowa, tzn. ile jesteś w stanie przeznaczyć funduszy na ten program. Niestety nie jest on tani, ale nie jest z drugiej strony taki drogi... Napisz, proszę, jak to widzisz. Musisz mieć min. 1000 dol., by zacząć szkolenie. Wiesz, są różne możliwości zdobywania pieniędzy. Ogólnie to, co chcesz zrobić, jest czymś niepojętym, czymś wspaniałym i myślę, że jeśli będziesz bardzo chciała, to jesteś w stanie te pieniądze zorganizować... Sponsoring, koncert, imprezka, można zwrócić się do różnego rodzaju firm z prośbą o dotację, rodzina, przyjaciele, pole do popisu jest i się da. Pozdrawiam, Maciek".
Trochę się niepokoję. Tomek podczas spotkania opowiadał mi, że ludziom, którzy nie mieli szans zapłacić za szkolenie, Humana daje możliwość zarobienia w trakcie tzw. netupu. Przyszli wolontariusze są wysyłani przeważnie do sortowni używanej odzieży w Szwecji, które należą do TVIND. Zatrudniani są też w second handach albo pracują na zlecenie na budowach lub w ogrodach. Dlaczego Maciek nic nie pisze o netupie? Może domyśla się, że jestem dziennikarką?
Tomek mnie uspokaja: - Ludzie spoza Unii Europejskiej pracowali na czarno, bo Humana People to People nie załatwia pozwolenia na pracę. Szwedzka policja dobrała się organizacji do skóry, dlatego nie proponują ci już netupu.
Na wszelki wypadek pytam Maćka o możliwość pracy przed szkoleniem.
Odpisuje: "Przykro mi, sama musisz te pieniądze zorganizować i jeśli chodzi o Chiny, to jest to niemało, bo aż 2500 dol. + przelot do Chin + kieszonkowe dla siebie i dodatkowo nie ma możliwości zaoferowania ci stypendium, bo ich po prostu nie ma. Abyś szkoliła się w szkołach duńskich bądź w Anglii, potrzebujesz min. 1000 dol. + kieszonkowe. Stań na głowie i zdobądź tę kasę".
Postanawiam trochę pogrymasić: "No to chyba odpadam. Skąd bym wzięła tyle kasy? Chyba pożyczka z banku? Ale bank nie da bezrobotnej nawet grosza. A sponsoring? Chyba żartujesz. W Polsce nie można znaleźć pieniędzy nawet na umierające dzieciaki. To kto by dał na wolontariuszkę?".
Maciek się martwi: "Bardzo mi przykro, że pieniądze stają na drodze do realizacji marzeń. Co do sponsoringu, to wiem, że zależy od determinacji, zobacz, co robi Owsiak... Napisz mi dokładnie, jaką kwotę jesteś w stanie zorganizować. Walcz!". Ostatecznie wysyłam list, że pożyczę pieniądze od znajomych i że zamierzam przyjechać na infoweekend. Mój korespondent cieszy się ze mną: "To super!!! To jest odpowiednie nastawienie!".
Tomek nie ma złudzeń: - Maciek to jeden z ludzi, którzy są odpowiedzialni za pierwszy kontakt z chętnymi, tzw. instruktor. On się cieszy z twojego przyjazdu, bo dostanie za ciebie 50 dolarów. Tyle wynosi stawka za zwerbowanie jednej osoby. Jeśli podpiszesz na miejscu umowę, on dostanie 125 dolarów.
Guru znika na wyspie
Znam już termin infoweekendu - 1 lutego o godzinie 14.00 mam stać na dworcu głównym w Kopenhadze pod McDonaldem. Stamtąd zabierze mnie i innych ludzi ktoś z TVIND. Powinnam zabrać ze sobą śpiwór, dobry humor i 1900 koron - 200 na opłatę weekendu, 1700 - zadatek na szkołę, gdybym zdecydowała się wstąpić. Koszty dojazdu do Kopenhagi opłacam sama. Tak brzmią instrukcje Maćka.
Czekam na termin wyjazdu i szukam informacji o TVIND. Zbieram je z gazet duńskich, z internetu, od rozmówców.
Organizacja zaczynała skromnie.
W 1968 roku grupa pięciu Duńczyków postanawia podróżować po świecie. Wsiadają do autobusu i jadą do Indii. Bieda, która tam widzą, tak ich przejmuje, że tworzą Travelling High School. Chcą wozić autobusami młodych ludzi do Indii, żeby zobaczyli, jak wygląda "prawdziwy świat". Mają uczyć się życia i zarazem pomagać Trzeciemu Światu. Przywódcą grupy jest wówczas niespełna trzydziestoletni nauczyciel Mogens Amdi Petersen. Długowłosy charyzmatyczny socjalista szybko zbiera wokół siebie kilkadziesiąt osób. Za wspólne pieniądze kupują duńskie gospodarstwo we wsi Tvind (stąd nazwa organizacji) na Jutlandii i stary hotel w pobliżu. Własnymi siłami budują pierwsze budynki szkolne. W 1975 roku stawiają w Tvind nowoczesny wiatrak, który produkuje energię. Ma to być protest TVIND przeciwko energii atomowej.
Członkowie organizacji, którzy zaczynali ją budować, tworzą The Teachers Group (Grupę Nauczycieli). Do swojego grona dopuszczają najbardziej sprawdzonych członków TVIND. Kto zostaje nauczycielem, musi podpisać umowę, że będzie nim do końca życia. Wciąż werbują nowych ludzi do organizacji.
W 1978 roku w TVIND jest już 800 osób. Organizacja rozwija się - zarządza kilkunastoma szkołami dla dzieci specjalnej troski w Danii. Pieniądze na to asygnuje rząd. Nauczycielami są członkowie TVIND, często bez wymaganego wykształcenia. TVIND kupuje kilka jachtów i urządza dla dzieci z rodzin patologicznych szkołę pod żaglami. Prowadzą ją ludzie z The Teachers Group, wielu z nich nie ma patentów żeglarskich. W 1983 roku jeden z jachtów podczas sztormu tonie, na pokładzie jest kilkunastu nauczycieli, nie ma dzieci. Fakt ten zostaje zatajony przed członkami TVIND.
Organizacja tworzy program pomocy Afryce - Humana People to People, zamierza walczyć z apartheidem, buduje sieć punktów zbiórek używanej odzieży, sortowni i second handów. Część ubrań i pieniędzy z ich sprzedaży ma trafiać do krajów Trzeciego Świata. Jest to jednak nikły procent. Większość rzeczy jest sprzedawana w Europie Zachodniej.
W 1979 roku Amdi Petersen znika. Od tej pory krążą na jego temat jedynie domysły. Nie wiadomo nawet, czy żyje. Członkowie The Teachers Group milczą na temat Petersena. Twierdzą jedynie, że zerwali z nim wszelkie kontakty, a organizacją rządzą oni sami.
Wielką niespodziankę robią w październiku 2001 roku dziennikarze duńskiej gazety "Jyllands-Posten". Odnajdują Amdiego Petersena. Żyje jak gwiazda filmowa w luksusowym apartamencie wartym 6 milionów dolarów przy Fisher Island Drive 5302 niedaleko Miami. Na wyspę Fisher można się dostać jedynie prywatnym promem, poruszać się po niej ze specjalną kartą identyfikacyjną. Fisher Island uznawana jest przez milionerów i gwiazdy filmowe za "najlepsze miejsce do mieszkania na ziemi". Amdi dopuszcza do siebie jedynie kilka kobiet ze szczytu The Teachers Group, żyje z Anne Hansen, swoją prawą ręką. TVIND wciąż pozostaje pod jego kontrolą.
Trzynaście lat w TVIND
Przez internet nawiązuję kontakt z Else Wale z Danii. W 1974 roku miała 50 lat, dorosłego syna, dobrą pracę. W gazecie znalazła ogłoszenie o naborze do TVIND. Wstąpiła. Udało jej się wydostać dopiero po 13 latach. Swoją historię opisała na stronach Tvindalert. Pytam, czy mogę przedstawić ją w "Gazecie Wyborczej". Else nie ma nic przeciwko temu.
"Kiedy zaczynałam, było nas 50 osób. Wszyscy mieliśmy jeden cel - ulepszyć świat. Szybko okazało się, że to tylko mrzonki. TVIND zależało jedynie na zdobyciu kontroli nad ludźmi, do których docierali. Po wstąpieniu podpisałam umowę, że poświęcam się TVIND do końca życia. Od tej pory o moim życiu decydowała grupa - indywidualizm był źle postrzegany. Nie mogłam mieć niczego własnego - pieniędzy, czasu ani siebie. Wtedy nie miałam nic przeciwko temu, moim celem było oddanie się innym. Amdi kazał nam wszystkim pojechać do domów i spalić zdjęcia, pamiętniki, listy - wszystkie pamiątki rodzinne. To była część polityki TVIND - nie możesz mieć prywatnego ży-cia. Dziś bardzo żałuję, że tak zrobiłam.
Pracowaliśmy bardzo ciężko, czasem po 20 godzin dziennie. Zdarzało się, że ktoś mdlał z przemęczenia. Wtedy krzyczano na niego, że się za mało stara. Te cierpienia rekompensowała mi praca z dziećmi specjalnej troski. Przez większość mojego pobytu w TVIND byłam buchalterem takich szkół z internatem. Kiedy patrzyłam na rozwój dzieci, byłam szczęśliwa.
Co drugi tydzień one jeździły do domów, a my musieliśmy wypełniać rozkazy. Budowaliśmy nowe szkoły, hale sportowe, baseny. Nienawidziłam tego, bo nie lubię pracować fizycznie. Wszystkim zarządzał Amdi. Musieliśmy go słuchać i podziwiać. Były chwile, gdy bardzo cierpiałam. Moja matka chorowała na Alzheimera, chciałam jechać i ją zobaczyć - nie pozwolono mi. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy stałam wśród ludzi, którzy wykpiwali moją prośbę. Kiedy w końcu pojechałam do mamy, już mnie nie poznawała.
Kilka ostatnich lat spędziłam w zawodówce TVIND jako nauczyciel. Ale zaczęłam mieć dosyć ciągłej kontroli. To, co zaczynało się jako piękna demokracja, kończyło się jako totalitaryzm. Pewnego dnia w 1987 roku spakowałam rzeczy, wsiadłam na rower i wyjechałam".
Pytam Else: "Dlaczego tak długo tam byłaś, skoro było tak źle?".
Odpowiada: "Początkowo myślałam, że naprawdę uczestniczę w czymś świetnym i nic innego się nie liczyło. Potem nie miałam do czego wracać. Pieniądze, które zarabia-łam, zabierał TVIND. Nie miałam absolutnie nic. W 1987 roku dostałam państwową emeryturę i to pomogło mi podjąć decyzję".
Afrykańska pieśń, która nie istnieje
Granatowy bus podskakuje na drodze. Na moim ramieniu śpi Araya z Wiednia, z drugiej strony siedzi Carola z Tyrolu. Wóz jest zapełniony do ostatniego miejsca - jak szprotki w puszce gnieżdżą się Anglicy, Niemcy, Szwedzi i jedna Hiszpanka. Z tyłu drzemie Marta, Polka z Krakowa. Jedziemy z Kopenhagi do Juelsminde, małej wsi na Półwyspie Jutlandzkim. Tam odbędzie się infoweekend. Za oknami migają duńskie krajobrazy, płaskie jak deska do krojenia.
- U nas tak wyglądają Kaszuby - tłumaczę Caroli z górskiej austriackiej wioski.
Dojeżdżamy po ciemku. Morze groźnie huczy gdzieś w pobliżu. Dwa potężne, stare budynki - przedwojenny szpital dla gruźlików - to nasze domy na najbliższe trzy dni. Jesteśmy w Travelling Folk High School należącej do TVIND, jednej z 12 na świecie (sześć jest w samej Danii).
Szukamy swoich pokoi, na drzwiach są kartki z imionami. Dzielę pokój z Arayą, która spała na moim ramieniu, Martą z Polski i Arlette ze Szwajcarii.
Warunki są takie sobie. Będziemy spały w starych małżeńskich łożach, które pochodzą z jakiegoś hotelu, w drzwiach nie ma zamków, łazienka dla wszystkich jest na korytarzu. Jedna na kilkadziesiąt osób. Zaglądam do niej. Ciekawe, kiedy była ostatnio myta?
Wzywają nas na pierwsze spotkanie w świetlicy. Na ten infoweekend przyjechało 50 osób - to bardzo dużo. Zwykle udaje się namówić około 30. Między nami siedzą instruktorzy TVIND - ludzie, którzy są w szkole od kilku miesięcy. Ich zadaniem jest werbować nas przez internet, opiekować się nami i służyć pomocą (Maćka, z którym korespondowałam, nie ma. Wyjechał do szkoły TVIND w Anglii). Instruktorami są najlepsi i najposłuszniejsi studenci. Resztę wysłano na fundraising, czyli obowiązkowe zarabianie na szkołę w trakcie szkolenia.
Na środek sali wychodzą dwie najważniejsze osoby - Anna i Rene. Oboje Duńczycy, koło pięćdzie- siątki. Rene jest wysokim chudzielcem, mruży oczy za mocnymi okularami, szczerzy zęby w uśmiechu. Anna to niska, krótko ostrzyżona blondynka w skórzanych spodniach. Też się uśmiecha. Ale oczy pozostają chłodne.
Araya pochyla się do mnie: - Kurczę, jakoś jej nie ufam.
Rene jest dyrektorem szkoły w Juelsminde, Anna ma pod sobą szkołę w niedalekim Tvind. W sekcie są już od dawna - on był w grupie, która budowała wiatrak w 1975 roku, ona w latach 60. pojechała autobusem do Indii.
Przed kolacją uczymy się afry- kańskiej pieśni. Anna śpiewa coś, co brzmi tak: - Ti ende pamoci in-tima omo!
Nie zapisuje nam jednak tekstu, więc każdy rozumie słowa inaczej.
- To stara afrykańska pieśń z pogranicza Mozambiku i Zimbabwe - tłumaczy Anna. Przyszli wolontariusze są zachwyceni, przybliżyli się do Afryki.
Tomek mówił mi przed wyjazdem, że afrykańska pieśń to stały punkt programu TVIND.
- Tak naprawdę ta pieśń nie istnieje - tłumaczył. - Wymyślili ją na potrzeby infoweekendów. Potwierdzali to ludzie, którzy wracali z Mozambiku i Zimbabwe.
Najdroższa podróż w dziejach świata
- Ti ende pamoci intima omo! - ktoś ryczy nad moim uchem. Jest siódma rano, sobota. Otwieram oczy. Anna budzi szkołę afrykańską pieśnią. Dziś w programie są wykłady, kursy i rozmowy indywidualne.
Ludzie, którzy tu przyjechali, są naprawdę wspaniali. Gotowi rzucić wygodne życie na rzecz wolontariatu. Nie mają zielonego pojęcia o ciemnej stronie TVIND. Wczoraj wieczorem przy gorącej szarlotce zwierzaliśmy się sobie, co chcemy robić, jak już zostaniemy wolontariuszami. Humana oferuje kilkadziesiąt programów. Można wyjechać do Afryki i pracować z dziećmi - uczyć je w szkołach, organizować im czas wolny, zakładać kluby sportowe. Można być członkiem grupy TCE (Total Control of the Epidemic), która chodzi od domu do domu i tłumaczy ludziom, czym jest AIDS i jak się go ustrzec. Można też wyjechać na specjalne afrykańskie farmy, gdzie uczy się miejscowych, jak uprawiać ziemię, albo uświadamiać afrykańskie kobiety o potrzebie higieny. Program w Ameryce Południowej jest podobny. O Chinach nic nie wiadomo. Wyjechały tam dopiero dwie grupy - nie dają na razie znaku życia.
Przed wyjazdem mówiłam do Tomka: - A jednak TVIND robi coś dobrego. W końcu wysyła wolontariuszy do pomocy Trzeciemu Światu.
Tłumaczył: - Ale zanim wyjadą, muszą zapłacić kupę pieniędzy właściwie za nic, bo nawet koszt samolotu sami pokrywają. Jest to najdroższy wyjazd do Afryki w dziejach świata. W Afryce też jest różnie. Wiem z relacji ludzi, którzy wrócili, że nie mają tam ubezpieczenia, są za to narażeni na niebezpieczeństwa, często głodni i przemęczeni. Nikt ich nie kontroluje, więc jeśli nie chcą, mogą nic nie robić. Lepiej samemu wyjechać do Afryki, a pieniądze zaoszczędzone na Humana People to People podarować jakiemuś szpitalowi.
"Bo rząd duński nas nie lubi"
Wykład pierwszy. Historia Afryki. Norweżka Stina z The Teachers Group nienaturalnie się uśmiecha. Nawet gdy mówi o ciężkim losie głodujących dzieci. Tłumaczy nam jak przedszkolakom, dlaczego Afryka jest biednym kontynentem.
- Był sobie taki człowiek Vasco da Gama - opowiada. - I on tak płynął i płynął wokół Afryki, a mówili mu: nie płyń, bo ziemia jest płaska i spadniesz. Ale jemu się udało!
Stina jest zachwycona. - Ale potem Afryka zbiedniała. Kto wie, czemu?
Sala milczy. Zgłaszam się: - Kolonializm i handel niewolnikami?
Dostaję oklaski. Na przerwie Stina podchodzi do mnie. - Studiowałaś historię Afryki? - pyta zdumiona.
Odpowiadam równie zdumiona: - U nas wie to każdy dzieciak.
Wykład drugi. Historia Humany. Mówi Anna. - Humana People to People powstała w ramach TVIND w 1977 roku jako ruch przeciwko apartheidowi - tłumaczy. - Ponieważ go zwalczyliśmy, teraz naszym zadaniem jest pomoc ludziom. Działamy w 32 krajach, mamy 155 projektów, w naszych szeregach są dwa miliony ludzi, główną siedzibą Humana People to People jest Zimbabwe.
Wyświetla na ścianie zdjęcie gigantycznej budowli - skrzyżowanie kościoła z biurowcem na tle lazurowego nieba. Na stronach Tvindalert jest informacja, że marzeniem Amdiego Petersena było zbudowanie tak wielkiego budynku w Zimbabwe, żeby go było widać z Księżyca.
Anna przechodzi do ataku: - Różnie się mówi o TVIND. No, jakbyście nazwali grupę ludzi, którzy żyją razem, mają wspólną kasę?
Z sali padają nieśmiałe propozycje: - Demokracja. Komuna. Wspólnota.
Anna jest zadowolona: - Widzicie. A niektórzy nazywają The Teachers Group sektą. Co za bzdura. Czy ktoś o tym słyszał?
Rękę podnosi Islandka.
Anna kiwa głową: - To dlatego, że nie lubi nas rząd duński. Oni taką opinię o nas roznoszą. My byliśmy przeciwko energii atomowej, zbudowaliśmy wiatrak na ekologiczną energię, prowadziliśmy szkoły specjalne. Rząd duński uznał, że źle te szkoły prowadzimy, i dał nam karę 5 milionów koron. Zabrali nam szkoły.
Anna kpi z pomysłu, że mogłaby być w sekcie: - Krążą po internecie opinie o mnie, że jestem wysterylizowaną lesbijką, co nie ma życia rodzinnego. A przecież żyję wśród ludzi z TVIND. Oni są moją rodziną. No i mam dużo psów!
Wszyscy jesteśmy ubawieni po pachy z pomysłu, że ta drobna blondynka mogłaby być sekciarką.
- Są jakieś pytania? - Anna rozgląda się po sali.
Zgłaszam się: - A kto jest przywódcą The Teachers Group?
Wyraźnie nie podoba się jej moje pytanie. Przestaje się uśmiechać: - Razem rządzimy. Wszyscy Nauczyciele. Spotykamy się raz na miesiąc w różnych miejscach i obmyślamy strategię dla TVIND. Głupi dziennikarze wymyślili, że rządzi nami Amdi Petersen z apartamentu w Miami. Bzdury! Nie mamy z nim kontaktu od 1979 roku. Być może już nie żyje. Mamy, owszem, apartament w Miami, ale on należy do TVIND. Musimy mieć w końcu miejsce, żeby się spotykać i myśleć.
Przerwa obiadowa. Wychodzę z sali i słyszę rozmowę dwóch Angielek z Manchesteru: - A muszą mieć ten apartament w Miami? Przecież mogą spotykać się w Juelsminde. Tyle tu miejsca.
Po powrocie do Polski sprawdzam informacje Anny na temat stosunków TVIND z rządem duńskim. Dania przez wiele lat inwestowała wielkie pieniądze w szkoły prowadzone przez TVIND. Okazało się jednak, że dzieci prawie wcale się w nich nie uczą, są za to często wykorzystywane do pracy. W 1996 roku zabrano szkoły organizacji i kazano zwrócić dotacje - 5 milionów koron. Pod kuratelą organizacji zostało jedynie kilka szkół - dla dzieci z rodzin głęboko dysfunkcyjnych, które stanowią rodzaj poprawczaków.
Jedenasta wieczorem, nadal sobota. Mam dosyć. Od siódmej rano nie miałam ani chwili dla siebie. Bez przerwy wykłady, albo mycie naczyń, albo nakrywanie stołów. Nikt przez chwilę nie był sam. Chociaż morze jest 20 metrów od budynku, nie zdążyłam pójść na plażę. Teraz oklapłam w fotelu na korytarzu. Przez cały dzień próbowałam zadać Annie lub Rene kilka pytań. Zbywali mnie: "Nie teraz, nie mam czasu, zaraz obiad". Czekam na rozmowę, z którymś z nich podczas której trzeba podjąć decyzję o wstąpieniu do TVIND.
- Magda, nie siedź tak - zaczepia mnie instruktor Giuseppe z Włoch. Za dwa tygodnie kończy półroczne szkolenie i wyjeżdża do Mozambiku. - Chodź, będziemy się bawić.
Nie idę. Anna wzywa mnie na rozmowę.
Najpierw w Danii, potem przerzucimy
Siadam przy stoliku. Anna nie jest miła. Bez uśmiechu zadaje pierwsze pytanie: - Przywiozłaś pieniądze?
Dziwię się: - Jakie pieniądze?
Anna: - Na szkołę, 1700 koron.
Ja: - Nie. Zresztą nie wiem jeszcze, czy chcę do was przystąpić.
Anna: - Masz czas do niedzieli wieczorem.
Ja: - To trudna decyzja, daj mi więcej czasu.
Anna: - OK. Do przyszłego piątku.
Ja: - Cały dzień chciałam cię o coś zapytać. Teraz mogę?
Anna się zgadza. Pytam ją, czy podczas półrocznego pobytu w szkole będę miała wizę i pozwolenie na pracę, czyli fundraising.
Tłumaczy krótko: - Polacy mogą przebywać w Danii legalnie przez trzy miesiące. Potem przerzucimy cię do Anglii. Fundraising to przeważnie sprzedaż gazet na ulicy. Na to nie potrzebujesz pozwolenia.
Oblicza, ile powinnam mieć pieniędzy na "koncie" po półrocznym szkoleniu: - Musisz zapłacić za osiem miesięcy szkolenia. Pierwsze pół roku spędzisz w jednej z naszych szkół, po powrocie z Afryki wrócisz do nas na dwa miesiące. Musisz to opłacić. 2500 koron za każdy miesiąc, czyli 20 tysięcy za osiem miesięcy, po 300 koron kieszonkowego za każdy miesiąc i 5500 koron za samolot do Afryki. No i te 1700 koron za zwerbowanie - stuka palcem w kalkulator. - Razem 29 600 koron duńskich (ponad 14 tys. zł).
A Anna nie wspomniała przecież o pieniądzach z fundraisingu. Norma dla każdego to 4500 koron miesięcznie. Czyli, że szkoła zarobi na mnie 27,5 tys. zł! Anna ukryła też, że za opuszczenie szkoły w połowie roku trzeba zapłacić karę 7000 koron.
Anna pyta: - Jaki program cię interesuje?
Ja: - Opieka nad dziećmi w Mozambiku.
Sprowadza mnie na ziemię: - To niemożliwe. Możesz brać udział w Total Control of Epidemic. Wychodzę na korytarz. Część ludzi jest już po rozmowach. Niektórzy z nich (około 60 proc.) podpisali umowy z TVIND. Także moja współlokatorka, Arlette ze Szwajcarii. Ma 20 lat i przed podjęciem studiów chciałaby przeżyć coś ciekawego. Emocjonuje się: - Cudownie, będę zbawiać świat!
Gratulują jej instruktorzy. Arlette za miesiąc wróci tu z dużym plecakiem, żeby rozpocząć szkolenie.
W kącie stoi kilku Niemców. Rozmawiają podnieceni: - Kucharz jest Niemcem, też w TVIND. Ostrzegał nas po przyjacielsku, żeby nie wierzyć we wszystko, co nam tu mówią. O co chodzi?!
Marta z Polski też jest sceptyczna. Nie zgodziła się od razu na podpisanie umowy: - Nie podoba mi się, że chcą nas przerzucać po trzech miesiącach z kraju do kraju. Takie kombinowanie od początku źle o nich świadczy.
Krzysztof spod Poznania stoi pod ścianą: - Coś tu, kurczę, sektą śmierdzi. Dobrze, że jutro koniec.
Tomek na początku pobytu w TVIND był przekonany, że szkoła załatwi mu wizę pobytową. Po trzech miesiącach zapytał, dlaczego jeszcze jej nie ma.
Usłyszał od Rene: - Rząd duński nas nie lubi i nie chce dawać wiz uczniom TVIND. Ale nie martw się, jeszcze nigdy nikt ich nie sprawdzał.
Tomek wspomina: - Napisałem list z pytaniem do duńskiego ministerstwa edukacji, czy są jakieś problemy z uzyskaniem wizy dla uczniów TVIND. Okazało się, że nie ma, bo są to szkoły legalne. Zapytałem więc, czemu ich nam nie dają. Odpowiedź mnie zaskoczyła: "Bo nikt o nie nie występuje". Domyślam się, że TVIND nie chce, żeby rząd wiedział, ilu wolontariuszy szkoli się w szeregach organizacji.
Dziewczyna z Finlandii śpi pod mostem
O tym, co czeka nowo przyjętych wolontariuszy, wiem od Tomka i z listów do Tvindalert.
- Na początku wszystko wydawało się dopracowane jak w zegarku - wspomina Tomek, który był w szkole w Juelsminde. - Dwa tygodnie siedzieliśmy przed kom-puterami i uczyliśmy się różnych rzeczy. Materiał do nauki był śmieszny, np. banały na temat AIDS wyciągnięte z internetu.
Każdy student musi teoretycznie zebrać w ciągu sześciu miesięcy 500 punktów za naukę. Przydziela je nauczyciel grupy po zaliczeniu określonych zadań.
- Na początku staraliśmy się, ale potem nauczycielka przestała nas sprawdzać - mówi Tomek. - Zresztą nie mieliśmy czasu na naukę. Liczyła się praca, codziennie sprzątanie budynku i okolicy. Nie wolno było nic nie robić. Jak cię złapali na siedzeniu w ciągu dnia, zawsze znajdowali jakąś pracę. Ostatecznie było tak, że do Afryki jechali także ludzie, którym zaliczono najwyżej 50 punktów za naukę.
Najważniejszy były fundraising. Początkowo miał się odbywać przez dwa tygodnie w miesiącu. Potem rozrósł się do codziennej pracy. Tomek przez pół roku był kierowcą szkolnego busa. Pięć godzin dziennie spędzał za kierownicą, wożąc duńskie dzieci do odległych szkół.
- Dyrekcje tych placówek płaciły TVIND za moją pracę. - Ja nigdy tych pieniędzy nie widziałem na oczy. Byłem jednak wyjątkiem. Fundraising to przede wszystkim praca na ulicy. Kilkanaście godzin dziennie trzeba sprzedawać gazety albo chodzić od domu do domu i oferować róże, za które ludzie oferują datki. Wolontariusze oddają pieniądze swoim nauczycielom.
Muszą wyrobić normę 4 tys. koron miesięcznie.
Tomek przekonał się, zbierając pieniądze, że TVIND ma złą opinię w Danii; bardzo trudno na ulicach Kopenhagi i innych większych miast namówić kogoś na datek. Dlatego na okres fundraisingu wolontariuszy wysyła się najczęściej do Szwecji.
- Nocują w mieszkaniu TVIND w Sztokholmie. Tam mieszkają też pracownicy sortowni odzieży, którzy zarabiają na szkołę (netup niedostępny dla Polaków) - opowiada Tomek. - Malutkie klitki, w których musi się zmieścić kilkanaście osób. Rozmawiałem z dziewczyną z Finlandii, która całe minione wakacje nocowała w parkach albo pod mostami Sztokholmu. Nie było dla niej miejsca, a bardzo zależało jej na wyjeździe do Afryki. Odżywiają się bardzo mizernie, bo muszą kupo-wać jedzenie z pieniędzy, które zbiorą na ulicy. A im więcej wydadzą na siebie, tym mniej im zostaje dla TVIND.
Sto koron do południa
Niedziela jest ostatnim dniem naszego pobytu. Śniadanie przed odjazdem. Przy każdym stole siada ktoś z TVIND. Do ostatniej chwili przekonują tych, którzy nie podpisali umów, że to błąd. Lisa z USA wróciła właśnie z Angoli: - Tam jest świetnie - entuzjazmuje się. - I można schudnąć. Ja w pół roku zrzuciłam 18 kilogramów.
Marta z Krakowa przemyślała w nocy sprawę. Jest skłonna zapisać się do TVIND. - Chcę jechać do Chin - tłumaczy. - Najpierw będę w szkole w Stanach, potem w Azji. Daleko od tych wariatów tutaj.
Jestem w szoku: - Marta! Nic nie wiadomo o chińskich grupach, nie dają znaku życia. Przemyśl to.
Odpowiada: - Dlatego wracam do Polski. Ale chyba się potem zdecyduję. Tak marzę o Chinach.
Krzysztofa spod Poznania otoczyła opieką Kirstje z The Teachers Group. Musiała przyjechać w nocy, bo wczoraj jej nie widziałam. Przekonuje go, że zrobił błąd, nie podpisując umowy. Chłopak wykręca się koniecznością powrotu do domu: - Tam to przemyślę - obiecuje.
Kirstje nalega: - Możesz tu wrócić już za tydzień. Pieniądze nie są ważne, pożyczymy ci. Tylko przyjedź. Możesz?
Nie odchodzi od niego na krok, aż do drzwi busu.
Kilka godzin przed odpłynięciem promu z Kopenhagi do Świnoujścia spaceruję główną ulicą stolicy - Strogetem. Na placu przed ratuszem kilka osób zaczepia przechodniów. Trzymają naręcza gazet. Zatrzymuję się. Alice, Brytyjka, szybko tłumaczy: - Jestem z Humana People to People, jak pani kupi ode mnie gazetę, pojadę do Afryki pomagać innym. Proszę kupić...
Daję pięć koron i pytam: - Trudno jest prosić ludzi o pieniądze?
Uśmiecha się: - Na początku było mi wstyd. Ale stoję tu od grudnia. Przywykłam. Tylko rodzicom nic nie mówiłam.
- Ile już dzisiaj zebrałaś?
- Tylko sto koron - martwi się. - Ale mam jeszcze kilka godzin przed sobą, dopiero dwunasta.
Ja zostaję, Araya jedzie
Już w Polsce piszę maila do Maćka: "Cześć. Byłam w Juelsminde, było bardzo miło. Byłabym skłonna zapisać się do szkoły ale, ale... znalazłam stronę Tvindalert!!! O co chodzi? Czy jesteś z sekty? Czy tam piszą prawdę? Odpowiedz, proszę, bo nie chcę zmarnować swojego życia dla jakiegoś Amdi Petersena, ja tylko chciałam pomagać ludziom". Odpisuje: "Hej, a co myślisz o tym, co widziałaś, jacy ludzie, jak to wygląda itp. Tvindalert to są kłamstwa. Może nie wszystko, bo kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa, a The Teachers Group lubi ryzykować i nie zawsze to się udaje. I nie pracujesz dla Amdi Petersena. Pieniądze, które wpłacasz na program, są na szkołę, bilet do Afryki, ubezpieczenie, wyżywienie, transport, spanie, a nie dla niego".
Kontaktuję się z Arayą z Wiednia. Ma 23 lata, ukończyła ekskluzywny college dla dzieci dyplomatów. Działa w austriackim Greenpeace i Austriackim Czerwonym Krzyżu. Marzy o wolontariacie w Ameryce Południowej - jej ojciec jest czarnoskórym dyplomatą z Wenezueli, matka rodowitą Austriaczką. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Juelsminde, powiedziałam jej, kim jestem, opowiedziałam o działalności TVIND, podałam adres Tvindalert.
Tydzień później piszę do niej maila z pytaniem, co słychać. Dostaję odpowiedź: "Wstępuję. Za pół roku będę w Ameryce Południowej".